10 grudnia, 2021

52 dni, odkąd nie czuję nic

Każdy dzień, to walka i zarazem poniesiona porażka

Nie liczę radosnych chwil, uśmiechów. Wyczekuję dnia, kiedy wykonam ruch i zrobię coś, czego rzeczywiście pragnę. Bycie zdominowaną przez ubytki we własnych neuroprzekaźnikach to najgorsza ze wszystkich rzeczy, która mi się w życiu przydarzyła. Chcieć, ale nie móc. Pragnąć, ale nie mieć sił. Żyć… ale nie czuć.

Byłam osobą, dla której nawet najprostsze słowo, najprymitywniejsza fotografia były wystarczającym medium dla chcących się uwolnić emocji. To pomagało. To sprawiało, że z mego wnętrza ulatniał się chaos, a w jego miejsce ponownie mogła zagościć harmonia.
Dzisiaj, po 52 dniach “nieczucia niczego”, wspinam się za namową i otuchą Męża do szczytu moich pragnień i… próbuję. Przede mną prawdopodobnie jeszcze dziesięciokrotność takich “52 dni”. Dzisiaj jednak, jeden dzień z nich skreślam i piszę “zrobiłam”.

Diana

KOMENTARZE